Odgłosy kościelnych dzwonów słyszało chyba całe Seattle. Dziewczyna otarła wierzchem dłoni policzek mokry od łez i wtuliła się w bok chłopaka, który prowadził ją w stronę swojego samochodu. Obok niej przechodziło wiele osób składając kondolencje, ale ona ich nie słuchała.
- Już dobrze mała... Już po wszystkim, jestem tu. - Zatrzymał się przyciągając ją do siebie i cmoknął jej włosy przytulając mocno blondynkę.
- Nie. - Szepnęła kręcąc głową. - nie będzie i dobrze o tym wiesz. Michael... Moja matka umarła, a ojciec pije, jakby miało to zwrócić jej życie. - Spojrzała głęboko w jego smutne, zielone oczy. Doskonale wiedziała, że on cierpi wraz z nią. Pogłaskał ją włosach.
- Kochanie, masz jeszcze mnie... Wróć ze mną do Los Angeles. - Zbyła go kręcąc głową i złapała jeden z jego blond kosmyków, które sama mu farbowała.
- Duffy, muszę wyjechać, tu... - Okręciła się do okoła. - Wszystko ją przypomina, nie wytrzymam w tym miejscu. - Mówiła poważnie, a tym czasem on otwierał przed nią drzwi.
- I co zrobisz? Gdzie pojedziesz, co Lizzy?
- Przed siebie. - Wzruszyła ramionami i wzięła głęboki oddech, by opanować drżenie głosu. - Pewnie wyglądam jak siedem nieszczęść, co? - Oparła się o siedzenie i wpatrywała w szarą ulicę. Znalazł się na siedzeniu obok.
- Nie zmieniaj tematu. - Zirytowała sie.
- Nie wiem co zrobię! Coś wymyślę, jak zawsze...
- Jak chcesz, ale pamiętaj, że zawsze możesz przyjechać do mnie.
- Jesteś najlepszym przyjacielem jakiego miałam... - Resztę drogi przebyli w milczeniu.
Wiem, że krótki, ale zawsze coś.